N0180
1 sierpnia 1944 r. Zbigniew Kruszewski jest harcerzem Bojowych Szkół Szarych Szeregów. Podlegli mu członkowie organizacji pełnią służbę rozpoznawczą ruchów wojsk niemieckich na prawym brzegu Wisły w rejonie ronda Waszyngtona. Około godziny 14.00 dostaje telefon, że kolejny zmiennik nie przyjdzie na służbę, gdyż rozchorował się i matka zatrzymała go w domu. Żeby go zastąpić sam postanawia przejąć zadanie. Tramwaje już nie chodzą. Głównie biegnąc przemieszcza się ze Starówki na rondo Waszyngtona. W tym samym czasie do pobliskiego Paku Skaryszewskiego wjeżdżają czołgi niemieckiej dywizji pancernej Herman Göring. Kiedy po rozpoznaniu wraca mostem Poniatowskiego na lewy brzeg i jest w jego połowie, nagle rozpoczyna się gwałtowny ogień broni maszynowej. Wybiła godzina 17.00 – wybuchło Powstanie Warszawskie. Po latach zaprzyjaźniony z nim amerykański generał powiedział: „To była chwila w twoim życiu, którą powinieneś nazwać decision on the bridge - decyzja na moście…”. Gdyby wówczas zawrócił, jakże inaczej mogło potoczyć się jego życie. Mógł trafić do armii Berlinga, pójść na Berlin, a potem żyć przez 45 lat w Polsce rządzonej przez komunistów. Jednak podlegli mu harcerze byli na lewym brzegu…
Z trudem dotarł w rejon ulic Dobra i Solec. Zaległ pod ogniem z niemieckiego bunkra. Gdy się ściemniło wstał i po drugiej stronie ulicy Dobrej trafił na pododdział Zgrupowania AK „Krybar”. Powiedział, że jest z Szarych Szeregów i został do niego przyjęty. Mieli atakować most obsadzony przez Niemców z ciężką bronią maszynową. Wspominał po latach: „I dali mi dwie butelki z benzyną i to była cała moja broń w Powstaniu Warszawskim. To był największy szok, bo okazało się wtedy czarno na białym, że właściwie nie mamy tu w ogóle broni”.
