N0612
Ksiądz kanonik, emerytowany proboszcz Parafii Archikatedralnej w Gnieźnie, historyk i pasjonat sztuki.
Jest koniec lat sześćdziesiątych. Jan Kasprowicz jest jeszcze klerykiem w Gnieźnie. Z tego okresu pamięta Karola Wojtyłę jako kardynała, który przyjeżdżał na uroczyste procesje ku czci św. Wojciecha. Pewnego razu, ówczesnym zwyczajem, wraz z duchowieństwem archidiecezji oczekują przed budynkiem kurii na przyjazd dostojnego gościa z Krakowa. Kończą się już nieszpory, a kardynała nadal nie ma. W bazylice intonowane są kolejne pieśni mające zapełnić czas oczekiwania. Nagle pojawia się czarny, kardynalski samochód. Wszyscy zbiegają się na powitanie. Tymczasem kardynał Wojtyła nie wychodzi. Z zewnątrz widać zapaloną z tyłu lampkę i zaczytanego gościa. Dopiero po pewnym czasie odkłada tekst, gasi światło i opuszcza auto, dostojnym krokiem udając się na spotkanie z prymasem Polski. Po pięciu minutach wychodzi już w kardynalskich szatach, uśmiechając się i witając z przybyłymi księżmi. „No to było dla nas też szokiem, bo jako młodzi, no to zdawaliśmy sobie sprawę, że spóźniając się, jestem w nerwach. On tego nie miał. Był pełen harmonii, spokoju” – kwituje Ksiądz Kanonik.
